Hej!

Tu znajdziesz historie zwyczajnych – niezwyczajnych ludzi. Ludzi których życie doświadczyło na różne sposoby. Mimo to nie poddają się i dzielnie pchają do przodu.

trauma, ludzkie historie, trudne dzieciństwo, nieudany związek, toksyczy, rozwój osobisty

Z życia wzięte…

Historia Sebastiana

Po raz pierwszy postaram się przełamać i opowiedzieć swoją historię. Będę starał się jak najwierniej przybliżyć fakty z mojego życia. Przyszedłem na świat w małej, popegeerowskiej, wiosce koło Szczecina. Urodziłem się owinięty pępowiną i podduszony, więc sporo przeleżałem w inkubatorze, ale wyszedłem z tej opresji bez powikłań i oto jestem. Mama mówiła mi kiedyś, że jestem w czepku urodzony – coś w tym jest, w moim przypadku w sensie dosłownym i w przenośni. Jak się zaraz przekonacie w całym dramatyzmie mego życia, miałem też sporo szczęścia i mogę być tu, gdzie jestem. Miałem mieć na Imię Benedykt, podobnie jak mój tragicznie zmarły starszy brat, ale kiedy urodziłem się z komplikacjami, mama zmieniła zdanie, nadając mi po bracie drugie imię. Tu ważne jak zginął mój brat, którego nie miałem okazji poznać. Otóż został przygnieciony płytami, które spadły z przyczepy traktora… Ta tragedia była u mojej mamy katalizatorem do rozwoju schizofrenii paranoidalnej, co z kolei stało się dla mnie traumą dzieciństwa. Ojciec alkoholik, który wszystko wynosił z domu, by przepić, nie pomagał mamie, ale mimo to dała radę zapewnić utrzymanie mnie i moim dwóm braciom. Ojciec ostatecznie zniknął z naszego życia, gdy miałem 1,5 roczku, a najmłodszy brat był jeszcze nienarodzony. Gdy miałem 3 lata po raz pierwszy trafiłem do domu małego dziecka na czas ataku choroby mamy. Potem byłem tam jeszcze kilka razy. Mama podczas choroby nie była w stanie myśleć racjonalnie. Potrafiła oddać żebrzącemu człowiekowi całą wypłatę, chociaż płakałem, żeby dla nas coś zostawiła. To najuczciwszy człowiek, jakiego znam, nie potrafiła kłamać i zawsze była aż przesadnie szczera, dlatego – mimo choroby i jej ataków – ludzie z wioski ją szanowali. Zdarzało się, że wychodziła nago na ulicę, myślała, że ja to jej zmarły syn, krzyczała… Ciężko na to się patrzyło i czułem się upodlony, że muszę nagą matkę za rękę ciągnąć do domu. Ataki choroby dawały o sobie znać raz lub dwa razy w roku. My wtedy trafialiśmy do Pogotowia Opiekuńczego, na czas jej pobytów w szpitalach psychiatrycznych. Tam nie było przyjemnie, zlepek wszystkich patologii, jakie można sobie wyobrazić. Mając 8 lat pojechałem na kolonie do Świnoujścia, organizowane przez PGR. Tam kierownik kolonii próbował mnie molestować… rozebrał się i… bez szczegółów… Na szczęście nie doszło do najgorszego, bo panie opiekunki były czujne i mnie uratowały. Na pewno zostawiło to jednak ślad w mojej psychice. Zawsze brakowało pieniędzy, więc od najmłodszych lat zrywałem jabłka, wiśnie, bób u gospodarzy w sąsiednich wsiach, zbierałem ślimaki i butelki na sprzedaż. W końcu sąd orzekł (gdy byłem w 6 klasie SP), że mama nie jest w stanie się nami opiekować i już na stałe zabrano nas do domu dziecka. Ja pojechałem tam w kajdankach – jak przestępca, gdyż próbowałem uciec i schować się w sadzie za drzewami, żeby tylko mnie nie zabierali z mojego domu. W domu dziecka dzieci z patologicznych rodzin chodziły na włamy do kiosków – ja, nie. Zawsze wiedziałem, że chcę innego życia. Wolałem nie mieć nic, chodzić w zdartych butach, wyśmiewany, słysząc często, że ze mnie nic nie będzie, ale w zgodzie sam ze sobą i idąc własnymi ścieżkami. Pamiętam, jak kiedyś nad wodą chciałem podać starszemu koledze ze szkoły rower i zamiast podziękowania, dostałem z pięści w twarz, słysząc że jestem z domu dziecka, więc chciałem mu go ukraść. Dwa tygodnie miałem fioletową twarz. Dziś większość z moich kolegów z domu dziecka siedzi w więzieniu, albo już nie żyje. Podobnie kończyli koledzy z rodzinnej wioski. Prawie co rok, najczęściej po nocy sylwestrowej, znajdowaliśmy kogoś z nas powieszonego na drzewie lub klamce… Jeden ze znajomych powiesił się w moim ogródku… A ja dalej pchałem do przodu. Po ukończeniu ośmiu klas szkoły podstawowej, mama wywalczyła w sądzie, że wrócę do domu i pójdę do szkoły zawodowej w Szczecinie. Wybrałem samochodówkę i zostałem mechanikiem samochodowym. W czasie trzyletniej nauki w szkole zawodowej miałem kilkanaście spraw w sądzie i wizyt na policji. Kiedyś szedłem przez pole na skróty do sklepu i zobaczyłem porzuconego Golfa II. Podszedłem zobaczyć bliżej i nagle przyjechała na sygnale policja w kominiarkach. Położyli mnie na „glebę” i zabrali na komisariat, by przesłuchać. Posądzali mnie o kradzież auta, a ja nie miałem nawet prawa jazdy. Były to jeszcze czasy brutalności policji, więc straszyli, że zamkną mnie w piwnicy i spałują, jeśli się nie przyznam. Nie dałem się zastraszyć. Dopiero po roku, gdy przez przypadek znaleźli prawdziwych sprawców, mnie uniewinniono. Innym razem zostałem niesłusznie oskarżony o włamanie do domu moich przyjaciół. Nie wiedziałem, że pojechali do ojca na wakacje do Berlina i przez dwa lub trzy dni, wracając ze szkoły, pukałem do ich drzwi. Potem ten dom okradziono, więc kogo sąsiedzi widzieli, jak zaglądał do okien? Kogo odciski palców znaleziono w domu? No jasne, że moje, bo byłem tam prawie każdego dnia. Znów posądzono mnie i sprawa około roku ciągnęła się w sądzie. Wtedy również miałem szczęście, że znaleziono prawdziwych sprawców. Innym razem kupiliśmy od kogoś malucha, by uczyć się jeździć po sadach, a gdy ja prowadziłem, to zatrzymała nas policja. Fiat 126p okazał się kradziony… Wtedy wiedzieli, że nie ja go ukradłem, ale zostałem oskarżony o paserstwo. Nie ma znaczenia, że nie wiedziałem o tym, że auto było kradzione. Do tego jako jedyny miałem 18 lat, a moi koledzy jeszcze po 17, więc doszło deprawowanie nieletnich. Dostałem wyrok 3 lata pozbawienia wolności, w zawieszeniu na 5 lat… Innym razem pomogłem w opresji mojemu bratu. Ktoś go bił. Trzykrotnie powtarzałem, aby przestał, ale nie było żadnej reakcji, więc się włączyłem do bójki. Mój brat miał już połamany nos, więc uderzyłem napastnika, tylko raz, ale na tyle mocno, że pękła mu czaszka. Wylądował w szpitalu, leżał w śpiączce, jednak odratowali gościa. Po raz pierwszy policja zachowała się poprawnie, gdy przedstawiłem moją wersję wydarzeń. Powiedzieli mi też, że pobity był znany policji z „dziesiątek”, czyli rabunków z niebezpiecznym narzędziem. Wstali i bili mi brawo, że tak go załatwiłem. Zapewnili, że w tej sprawie pomogą. Mimo moich starań, kartoteka moich przewinień wciąż się powiększała. Los postawił na mojej drodze młodą panią prokurator, która dała mi szansę i po 5 latach umorzyła wszystko. Jak widzicie prześladował mnie pech za pechem, ale przecież ja w czepku urodzony. Poszedłem do zawodówki, bo w mojej sytuacji był to szczyt marzeń. Jednak tam nagle zacząłem dostawać nagrody za naukę. Drugi uczeń w szkole i co apel wyróżnienie. Wtedy powoli zaczynałem wierzyć w siebie. Chciałem pokazać wszystkim na co mnie stać. Dostałem się do technikum mechanicznego na konstruktora maszyn. Była to wieczorówka i trzeba było za nią płacić. Ja płaciłem tylko połowę, bo dostawałem stypendium za wyniki w nauce. Mimo to, był to trudny okres. Po szkole jechałem do warsztatu znajomego, by naprawiać sprowadzane z Niemiec auta. Pracowałem do wieczora lub nocy za marną pensję, by zarobić na szkołę. I tak brakowało… Spałem w tym warsztacie, bo nie było jak i za co wrócić do domu. Właściciel kupował u rzeźnika kości dla psów i je gotował, a ja je podbierałem, żeby obgryźć i nie być głodnym… Nic nikomu nie mówiłem, że nie mam na jedzenie, duma mi nie pozwalała. Znów pchałem do przodu i skończyłem technikum z wyróżnieniem. Pojawił się nieśmiały pomysł, by pójść na studia. Trochę przypadkiem, bo w ostatniej chwili, złożyłem papiery na Uniwersytet Szczeciński, na wydział matematyczno-fizyczny, kierunek nauczycielski. Z moich notatek korzystał cały rocznik studentów. Chociaż się nie przykładałem za bardzo, to szło mi dobrze. Znów dostałem stypendium. Chciałem pójść do wojska, więc złożyłem dokumenty i trafiłem do Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie, czyli do szkoły orląt na Kurs Szkolenia Rezerw. Wyszedłem jako kapral podchorąży. Po studiach szukałem pracy w szkole i zostałem zatrudniony w Szkołach Szpitalnych, w Szczecinie. Uczyłem tam Informatyki i Edukacji dla Bezpieczeństwa. Każdego dnia jechałem do innego szpitala, by chodzić tam z laptopem i uczyć chore dzieci. Najgorzej było na onkologii i hematologii, gdzie uczyłem dzieci, które były umierające. Pamiętam krzyki rodzin, gdy taki aniołek odchodził. Nauczyciele z 30-letnim stażem wymiękali, gdy przychodzili tam do pracy i po godzinie uciekali, nie podpisując umowy, więc był problem z kadrą. Czułem ten ból, ale wskutek własnych doświadczeń ze śmiercią, tłumaczyłem sobie, że tak już jest na świecie i nie mam na to wpływu. Myślałem wtedy, że może jestem dobrze funkcjonującym socjopatą, skoro mniej od innych przeżywałem tragedie tych dzieci i ich rodziców. Odczuwałem ogromną radość z pracy z tymi dziećmi. Wyobraźcie sobie iść do dziecka, które już nie chce patrzeć na świat, bo i tak go opuści, a potem żartować z nim tak, że po twojej lekcji ono się uśmiecha. Chwali się rówieśnikom, że miał lekcję jak oni w szkole i że było super! Przebierałem się za Mikołaja, Neptuna i za kogo trzeba. Nauczyło mnie to pokory i zrozumienia dla drugiej osoby. Nabrałem dużo empatii. Pracując w szpitalu, skończyłem w Poznaniu pedagogikę leczniczą. Potem zrobiłem podyplomówkę na Uniwersytecie Szczecińskim z Edukacji dla Bezpieczeństwa i nabyłem uprawnienia do nauczania trzeciego przedmiotu w szkołach. Dwa lata byłem też na Politechnice Koszalińskiej, na Inżynierskich Zastosowaniach Komputerów. Niestety uczelnia nas oszukała, bo nie mieli akredytacji i nie dostałem dyplomu… Sprawa była głośna nawet w telewizji. Do tej pory nie oddali mi dokumentów. W końcu, mając 30 lat, przeprowadziłem się z moją ówczesną partnerką do Gdańska. Rozstaliśmy się, ale ja zostałem w tym mieście. Nie wyszło po raz kolejny… Pierwszy rok pracowałem w warsztacie jako mechanik, a potem znalazłem pracę w szkole. Był moment, że pracowałem w trzech szkołach i oprócz tego zajmowałem się w jednej z nich FB, a w innej byłem konserwatorem sprzętu komputerowego po lekcjach. Miałem wtedy jednocześnie pięć umów o pracę. Jakoś pchałem do przodu. Nie wspomniałem jeszcze, że moja mama jest bardzo religijna i ja do momentu, kiedy świadomie nie zacząłem o tym myśleć, też bardzo wierzyłem w Boga. Potem przeczytałem biblię i to był początek końca mojej wiary. Mój racjonalny umysł nie przyjmował tego, co tam jest napisane. Nie dociera do mnie tłumaczenie wierzących, że to czytając biblię należy pewne zagadnienia rozumieć metaforycznie. Zadawałem wiele pytań, na które nawet księża nie znajdowali odpowiedzi albo ich tłumaczenia się wykluczały. Nie będę tu wkładał kija w mrowisko, ale jeśli wierzycie, że Bóg istnieje, to on mnie stworzył ateistą. Wierzący niech myślą, że taki plan ma ten u góry. Szanuję ich zdanie i chętnie rozmawiam o religii, jeśli ktoś umie bez obrażania się. Od wiary odsunęły mnie moje przeżycia. To jednak nie przeszkadza mi być dobrym człowiekiem, umiałem wywołać uśmiech u chorych dzieci, prowadziłem dom tymczasowy dla kotów i szukałem im domu, moi uczniowie mnie uwielbiają, a ludzie szanują za moje umiejętności. Nigdy nikomu nie zaszkodziłem, umiem dochować tajemnicy, jestem spokojny i opanowany. Pewnego dnia spotkałem się z koleżanką ze studiów, zauroczyliśmy się w sobie, wzięliśmy ślub cywilny. Mieszkałem z nią i jej córeczką. Zgadnijcie co? Nie wyszło. Rozwód. Po kilku latach od rozstania znalazła mój film na YT i postanowiła napisać. Sporo rozmawiamy, przeprosiliśmy się nawzajem za nasze demony, które nie pozwoliły nam stworzyć trwałego związku, odzyskaliśmy do siebie szacunek i udało nam się na nowo zaprzyjaźnić, ale nie żyjemy razem. Później poznałem dziewczynę na portalu randkowym, do którego namówili mnie przyjaciele. Pojawiła się córeczka – Lilia. Najukochańsza na świecie. Z mamą Lilki nie wyszło, ale córka mieszka ze mną. Daję jej wszystko, czego potrzebuje i całą miłość świata. Chcę, by miała wszystko to, czego ja nie miałem i ochronię ją przed całym złem. Teraz jestem spełniony. Obecnie moje życie zawodowe związane jest z dwoma pobliskimi szkołami. Na pewnym szkoleniu poznałem dyrektorów gdańskich szkół. Nie wiem, czy to kwestia mojego zaangażowania, czy znajomości, ale dostałem propozycję objęcia stanowiska wicedyrektora. Odmówiłem, bo jako nauczyciel więcej zarobię i mam sporo czasu dla córeczki. Mam pracę, z której starcza mi na to, co trzeba. Dom w kredycie na 30 lat, ale jest, mam też auto, motocykl i przyczepę kempingową. Więcej niż chciałem. Staram się dużo podróżować, gdyż to moja pasja. Lilki też, choć ma dopiero 4 lata. Bedąc w brzuchu mamy przejechała całą Polskę, Słowację i Węgry w Niewiadówce. Mając rok i 3 miesiące przejechała przez 10 krajów i żyliśmy miesiąc w przyczepie, śpiąc na dziko nad jeziorami i w polach. Niech mi nikt nie mówi, że z dzieckiem się nie da. Zawsze powtarzam, że można mieć wyniki albo wymówki. Jeśli kiedyś się cofnąłem to tylko po to, by wziąć rozbieg! Wszystkie blokady są w naszych umysłach! Dlaczego tak późno mam córeczkę? Bo się bałem! Że za mało pieniędzy, że dom, że to, że tamto. Lila się urodziła i się okazało, że to tylko było w mojej głowie i nie ma żadnych z tych problemów! Pamiętajcie, że 90% czarnych scenariuszy, jakie wymyślicie nigdy się nie spełni! Nie bójcie się żyć, być sobą, mieć marzenia! Ja miałem być nikim, a skończyłem lepiej niż wszyscy ci, którzy to mówili. Pchałem do przodu choćby nie wiem co! Jeszcze pracuję nad sobą, uczę się kochać sam siebie. Nie chcę być uzależniony emocjonalnie od innych. Nie chcę już nic nikomu udowadniać. Jestem wystarczająco dobry! Uwierzcie w siebie i swoje marzenia, pokochajcie siebie takimi, jakimi jesteście, bo lepsi dla innych być już nie musicie! Każdy ma w sobie kompas, który go prowadzi, wystarczy czasem posłuchać siebie. Zamknąć każdego dnia oczy na 20 minut i zajrzeć w głąb siebie. Jak mówi Beata Jasnorzewska – mając otwarte oczy widzimy świat na zewnątrz, zamykając je zaglądamy do wnętrza siebie. Tego szybko można się nauczyć. Mi bardzo pomagają podcasty pani Beaty i każdemu je polecam, by się rozwijać i zrozumieć siebie. Dzięki nim zrozumiałem, że już nie muszę walczyć i udowadniać czegoś innym, tylko mogę zacząć być szczęśliwy tu i teraz, mając to, co mam. Pewnie wiele rzeczy pominąłem, napisałem to wszystko jednym ciągiem w pół godzinki, ale macie chociaż zarys mojej historii. Pierwszy raz tak się obnażyłem. Mam nadzieję, że moja historia komuś pomoże. Trzymajcie się i zawsze wierzcie w siebie! Sebastian

O mnie

Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo szamotałam się w swoim życiu. Próbowałam na siłę być szczęśliwa. Myślałam, że jak uwolnię się z toksycznego związku to będę szczęśliwa, że jak wreszcie będę mieć wymarzony dom to będę szczęśliwa, że jak osiągnę kolejny sukces w pracy to będę szczęśliwa. Nie byłam… Po życiowej traumie, która postawiła wszystko na głowie, zdałam sobie sprawę, że szczęście to stan umysłu niezależny od naszej sytuacji życiowej. Przeczytaj o mnie więcej