Pamiętacie takie czasopismo ,,Widnokręgi”? Dla młodszego pokolenia – w czasach, kiedy nie było jeszcze internetu, ani telefonów komórkowych… Tak, tak, taka stara jestem, że pamiętam te czasy. Wtedy właśnie jedynym oknem na świat były nieliczne programy w telewizji i czasopisma takie jak ,,Widnokręgi”. To był miesięcznik i pamiętam, jak czekało się z wypiekami na twarzy na kolejne wydanie. Wśród różnych artykułów podróżniczych, była tam również sekcja Penpals – ludzie z całego świata pisali anonse, aby znaleźć bratnie dusze w innych krajach. Robiło się to głównie po to, aby poćwiczyć języki obce, gdyż o dalekich podróżach można było tylko pomarzyć.
Odkąd pamiętam zawsze chciałam wyrwać się z Polski. Pilnie uczyłam się angielskiego i niemieckiego, więc jak nadarzyła się okazja, zamieściłam anons w ,,Widnokręgach”, aby poćwiczyć języki w praktyce, po cichu marząc, że a nuż ktoś gdzieś mnie gdzieś zaprosi… Ogłoszenie było proste i brzmiało mniej więcej tak:
Hej, jestem ze Świnoujścia. Chętnie poznam osoby, które mówią po angielsku lub niemiecku. Odpowiem na każdy list.
Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, dostałam aż 27 listów, ale wszystkie z Polski. Większość była bardzo banalnych, typu – Cześć, nazywam się tak i tak, jestem z … i chciałbym z tobą korespondować. Było dwóch amantów, którzy stacjonowali w jednostce Marynarki Wojennej w Świnoujściu, moim rodzinnym mieście. Z jednym to nawet umówiliśmy się na spotkanie w realu. Poszłam tam, ale zamiast pójść się przywitać, ukryłam się za rogiem budynku, kilka metrów od umówionego miejsca i obserwowałam zdenerwowanego gościa. No i nie wiem co mi się stało, ale zżarły mnie nerwy. Stwierdziłam, że się wstydzę i że to wszystko nie ma sensu. Odwróciłam się na pięcie i poszłam do domu. Miałam potem straszne wyrzuty sumienia, że tak wystawiłam chłopaka do wiatru. Gdyby tak to czytał, to chciałabym go przeprosić. Cóż, czasu nie cofnę, widocznie tak miało być…
Była taka dziewczyna z Radomia, z którą korespondowałyśmy bardzo długo, a potem odwiedziłyśmy się wzajemnie w czasie wakacji. To była fajna przygoda. No i był taki chłopak, który zaczął swój list następująco: Pewnie nie odpiszesz na mój list, bo mam 25 lat i coś tam dalej, nie pamiętam. No jak nie odpiszę, przecież w ogłoszeniu obiecałam, że odpiszę na każdy list. Nieważne, że zakładałam ćwiczenie języków, a wszystkie listy, które otrzymałam, były po polsku i nieważne, że facet ma 25 lat, a ja 15. A co to przeszkadza? Przecież popisać można. Pisałam więc długaśnie listy, bo pisać zawsze lubiłam, a on odpowiadał w kilku zdaniach. Za każdym jednak razem pisał, jak uwielbia czytać moje długie listy, pisałam więc jeszcze dłuższe. W międzyczasie wyprowadził się z Polski, do Grecji, co dało mi jeszcze większą motywację do pisania, bo miałam nadzieję, że zaprosi mnie na wakacje?

No i zaprosił! Miałam wówczas 17 lat. Już siebie widziałam na tych plażach… Obrazki z niemieckich katalogów, od dawna zdobiły moją ścianę. No, ale czy rodzice się zgodzą? Zgodzili się. No, ale czy nas stać kupić bilety? Nie martw się dziecko, powiedział tata, damy radę. Wszyscy cieszyliśmy się, jakbym wygrała los na loterii. Nie ważne, że ktoś mógł wepchać mnie do burdelu, albo sprzedać na organy. Wtedy to nawet nie błysnęło w mojej głowie.
Moja mama, w tajemnicy przede mną, napisała do niego list. List z jego odpowiedzią znalazłam w domu po wielu latach. Najpierw trochę się wkurzyłam, ale potem, gdy ochłonęłam z emocji, pomyślałam, że to nawet miło, że mama się o mnie martwiła. Jakby na to nie patrzył, to zawsze jakiś dowód matczynej miłości, której w moim domu, nie było w nadmiarze. Moja mama nie umiała okazywać miłości. Bycie dobrą mamą w jej mniemaniu, polegało na tym, aby dzieci nakarmić, umyć i ubrać w czyste ubrania, no ewentualnie czasem pogonić do odrabiania lekcji. Posiadanie takiej mamy, ma swoje plusy, bo wbrew ogólnopanującej dyscyplinie, mieliśmy dużo swobody. Generalnie mama lubiła jak nas nie było, więc mogliśmy chodzić, gdzie nam się żywnie podobało, pod warunkiem, że powiedzieliśmy gdzie idziemy, z kim i kiedy wracamy.
W liście, moja mama zapytała, kim on dokładnie jest, gdzie pracuje, jakie ma zamiary i plany na przyszłość. W uzyskanej odpowiedzi, otrzymała zapewnienie, że zamiary są zacne, jest normalnym, ciężko pracującym mężczyzną, a zaprasza mnie, bo chciałby poznać mnie bliżej… Dziś pisząc to wszystko, widzę jakie to było naiwne. Przecież w takim liście wszystko można było napisać, a nie było żadnej możliwości zweryfikowania, czy to prawda.
Następnie moja mama zasięgnęła języka, jak do tej Grecji dziecko wysłać. Przede wszystkim trzeba było otrzymać wizę! Aby taką wizę otrzymać, trzeba było osobiście stawić się w Ambasadzie Grecji w Warszawie. Rany to już była wyprawa!! Mama skontaktowała się z jakąś ciotką, o której istnieniu nie miałam pojęcia, wsadziła mnie w pociąg i powiedziała, że ciotka pomoże. Ciotka owszem odebrała mnie z dworca i zaprowadziła do domu. To była starsza kobieta, która pracowała w jakimś biurze w centrum W-wy. Jej mieszkanie było tak stare jak ona, a przynajmniej takie robiło wrażenie. Wieczorem włączyła telewizor na cały regulator i kilka minut później zasnęła w fotelu. Ja oczywiście nie mogłam spać, przejęta całą misją.

Na drugi dzień okazało się, że ciotka nie może jechać ze mną do ambasady, bo idzie do pracy. Pojechałyśmy wspólnie autobusem do centrum stolicy, gdzie pokazała mi budynek, w którym pracuje.
– Jak wszystko załatwisz to tu do mnie przyjedziesz – powiedziała.
Następnie dała kartkę z adresem i rozpiską autobusów, którymi dojadę do ambasady, a sama poszła do pracy. W czasach bez telefonów komórkowych i bez nawigacji, ja dziewczyna z małego miasta, rzucona w wielki świat. Ahoj przygodo!
Rozpiska okazała się bardzo dobra i do ambasady dojechałam bez problemu. Trochę zaskoczył mnie niepozorny budynek i mały tłumek ludzi przed bramą.
– Który numerek? – zapytał jakiś facet.
– Jaki numerek? – zapytałam.
– To nie jesteś zapisana w kolejce?
– Jakiej kolejce??
– Dziewczyno, my tu kolejkę mamy na 3 tygodnie.
– Ale ja się chciałam tylko zapytać?
– My tu wszyscy chcieliśmy się coś zapytać! – burknął na mnie ten facet. – Chcesz się zapisać, czy nie?
Stanęłam jak wryta.
– To jak? Zapisywać? – ponaglał.
Przyjechałam taki szmat drogi, pół Polski sama pociągiem, do obcej kobiety, sama autobusami przez Warszawę i nawet nie wejdę do środka?
– No, zapisać cię, czy nie? – wrzeszczał zniecierpliwiony facet.
– Zapisać. – odpowiedziałam załamana.
Wróciłam na przystanek i popłakałam się.
Nic z tego nie będzie. Te piękne plaże i zabytki, wszystko mogę wybić sobie z głowy…. – pomyślałam.
Kilka autobusów później, dojechałam do budynku, gdzie pracowała ciotka. Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami, na recepcji, powiedziałam, żeby ją zawołali. Po jakimś czasie przyszła i pojechałyśmy windą do góry. Nigdy wcześniej nie byłam w takim budynku i mimo, że przesiedziałam resztę dnia gdzieś w kąciku, byłam zachwycona.
To tak wygląda wielki świat. Jak będę dorosła, też chcę mieć taką pracę. Będę chodzić na obcasach i pracować w biurowcu z identyfikatorem. – rozmyślałam.
Ten identyfikator otwierał drzwi i windę, wow, nie wiedziałam, że takie rzeczy istnieją. Wszystko lśniące, nowoczesne, nie jak nasza stara przychodnia w Świnoujściu. Zachłysnęłam się wielkim światem.
Zupełnie nie zwróciłam uwagi na fakt, że ta praca, w tym pięknym biurowcu, raczej nie była dobrze płatna, skoro moja ciotka mieszkała tak skromnie, na obrzeżach miasta. Nie przestanie mnie zadziwiać jak wybiórczy jest nasz umysł, o czym przekonałam się później wielokrotnie…
Wyjaśniłam ciotce, jak się mają rzeczy i umówiłam się, że przyjadę ponownie za 3 tygodnie. Na drugi dzień rano, wsiadłam w pociąg i wróciłam do domu. Te trzy tygodnie ciągnęły się nieubłaganie. Nasza piękna plaża w Świnoujściu, nagle przestała mi się podobać, całe miasto przestało mi się podobać. Teraz chciałam wyrwać się stąd jeszcze bardziej!

Nie spałam kilka nocy przed kolejną podróżą do Warszawy. Pełna obaw i nadziei, ponownie wsiadłam do pociągu. Teraz jechało się dużo lepiej, bo już znałam trasę i wiedziałam, że ciotka będzie na mnie czekała. Na drugi dzień, bez problemu dojechałam do ambasady, tym razem było więcej ludzi pod bramą, mimo, że ambasada była jeszcze zamknięta.
Nie lubię, jak jest tłok. Nie cierpię gdy ktoś stoi za blisko i czuję jego oddech na ramieniu, a jak ktoś jest tak blisko, że mnie dotyka, to po prostu jest to dla mnie nie do zniesienia. Stałam chwilę z małym dystansem… Ludzi przybywało… No trudno, trzeba było zacisnąć zęby, a potem nawet trochę porozpychać się, aby dostać się do gościa z zeszytem, który pilnuje kolejki. Udało się. Potem musiałam bacznie pilnować, żeby mnie nie wypchali z kolejki. Wszyscy tacy dorośli, a ja taki dzieciak. Miałam wrażenie, że większość z tych osób to stali bywalcy.
Otworzyli. Jak to nie wchodzimy?!
Nie, najpierw mogli wejść właściciele biur. Oni mieli pierwszeństwo.
– To co ty nie wiesz? – powiedział ktoś szyderczo – Codziennie wydają 50 wiz, najpierw dla biur podróży, a jak coś zostanie to rozdają indywidualnym.
50 wiz? Rany przecież tu pod bramą jest co najmniej ze 100 osób, a co dopiero ci wszyscy zapisani w zeszycie? To, kiedy ja tą wizę dostanę? Dziś to nie ma szans. No ja się zaraz popłaczę.
Szybko jednak poszło i zanim się obejrzałam weszłam do środka. W środku, normalnie w przedsionku małe okienko, no nie tak sobie wyobrażałam ambasadę… Urzędnik w okienku, wyraźnie znudzony, zaczął do mnie mówić. Rany nie mogę zrozumieć. Ojej, on do mnie po grecku mówi! Co??? Przecież ja nie rozumiem, co on mówi. Mówię do niego, że nie rozumiem, a on dalej odpowiada po grecku, wplatając trochę polskiego. Zrozumiałam pozwolenie od notariusza i pieniądze na koncie. Tak naprawdę nic nie rozumiałam, ale powtarzałam w głowie te dwie rzeczy, żeby nie zapomnieć.
Jak przyjechałam do ciotki, do biura, trochę mnie oświeciła.
– Potrzebujesz oświadczenie od notariusza, że rodzice wyrażają zgodę na twój wyjazd, bo jesteś niepełnoletnia i musisz mieć pieniądze na koncie, żeby udowodnić, że masz środki na utrzymanie.
Potem, już będąc w domu, dowiedzieliśmy się, że na koncie musi być minimum 300$. No to klops. Trzysta dolarów, to była dla nas kwota zaporowa. Nie będzie kąpieli w tym krystalicznie czystym morzu, nie będzie zwiedzania zabytków. Można sobie wszystko wybić z głowy…
Wszystko to opisałam mu w liście, dziękując za zaproszenie, ale niestety nie skorzystam. Nie dostanę wizy, bo nie mamy takich pieniędzy, żeby wpłacić na konta, a gdzie jeszcze do tego bilet na samolot. Wakacje miały się ku końcowi, ja powoli godziłam się z porażką. W międzyczasie wujek zaprosił mnie do Szwecji…
– O może do Szwecji pojadę?
Z tym związana jest inna przygoda, o której napiszę innym razem…
Po miesiącu przyszedł miś. No to miło z jego strony, że wysyła mi coś na pocieszenie, ale miś?! No z misiów już trochę wyrosłam, mógł coś innego mi wysłać z tej Grecji… Jakąś pamiątkę, czy coś. No dobra, trzeba doceniać dobre intencje, miś więc dostał honorowe miejsce na półce i… i tak na mnie patrzył tymi plastikowymi oczami, jakby mi chciał coś powiedzieć. Co chcesz mi powiedzieć, Misiu?

Miś milczał jak zaklęty, ale po dwóch tygodniach przyszedł list z Grecji. W liście pytanie, czy miś dotarł? No dotarł, dotarł. To nie można było tego listu wrzucić do paczki z tym misiem? Tylko miś w pustym pudełku wysłany, a list osobno?! No dobra, nie będę się czepiać czytam dalej. Czytam i oczom nie wierzę. On pisze, że w misiu zaszyte są pieniądze. Rany Julek, chwytam misia. No faktycznie, w jednej nodze czuję coś sztywnego, tak, tak, to może być rulonik z pieniędzmi. Biegnę do mamy. Rozpruwamy tego misia bezlitośnie. W prawej nodze misia, zaszyty był rulon z pieniędzmi. Raz, dwa, trzy – 300$.
Rany co to były za czasy!
Nie jak teraz, kilka kliknięć i wysyłasz pieniądze na cały świat.
Wszystko fajnie, tylko wakacje się skończyły, a przy kosmicznych cenach biletów, nie chciałam jechać tam na parę dni. Grecja musi poczekać do następnych wakacji. W między czasie, uzbrojona już w niezbędną wiedzę i pieniądze na koncie, uczyłam się pilnie angielskiego i odliczałam czas do wakacji.
Nie pamiętam, ile kosztował bilet, ale pamiętam, że mama poszła w tej sprawie do wujka, żeby pożyczyć od niego pieniądze. Nie przypominam sobie, żeby mama kiedykolwiek pożyczała od kogoś pieniądze. Było mi przykro, że naraziłam ją na taką niewygodną sytuację. Pamiętam też doskonale, jak wujek uśmiechnął się czule i powiedział – ale nie ma sprawy, ile potrzebujesz? A następnie sięgnął do kieszeni i wyciągnął gruby plik pieniędzy, z którego odliczył potrzebną kwotę i wręczył mamie.
Ta sytuacja głęboko zapadła w mojej pamięci i miała później duży wpływ na moje dalsze życie. Moi rodzice pracowali ciężko, nie byliśmy biedni, ale nie byliśmy bogaci. Starczało na wszystko w domu, nie było samochodu, ale był kolorowy telewizor. Ja musiałam nosić ubrania po moich kuzynkach, ale czasem mama kupiła mi coś nowego. Nie miałam kolorowych piórników z postaciami Disneya, jak moje koleżanki, których ojcowie pływali na statkach, ale co roku miałam nowy piórnik z Reksiem lub Bolkiem i Lolkiem. Cieszyłam się z tych drobnych rzeczy i nie odczuwałam większego dyskomfortu. Teraz jednak, jak zobaczyłam moją mamę proszącą o kwotę poza naszym zasięgiem, a wujek bez mrugnięcia okiem, wyciągnął z kieszeni pieniądze, jakby dawał dziecku na lody, to był dla mnie szok. Zawsze wiedziałam, że wujek jest bogaty. Meli dom, nie mieszkali w bloku jak my. Meli nowe meble na wysoki połysk i sprzęty, jak odtwarzacz wideo, którego my nie mieliśmy. Nie wiedziałam jednak, że to co jest dla nas kwotą nie do osiągnięcia, dla niego jest kwotą bez większego znaczenia. Natychmiast w mojej głowie zaświtała myśl, że będąc dorosła, chcę być jak wujek. Chcę mieć tyle pieniędzy, żebym mogła zaspokoić wszystkie swoje zachcianki i mieć nadwyżkę. Wolałam, żeby to ludzie przychodzili po pieniądze do mnie, niż żebym to ja miała pożyczać od kogoś. Ta myśl była później motorem, który pchał mnie do pracy ponad siłę. Wszystko z tej obawy, żeby mi nie zabrakło, żebym miała dość i więcej…
Mając wszystko co potrzebne wizę dostałam bez problemu. Powoli rok szkolny zmierzał ku końcowi. Nadszedł czas by kupić bilet. Najbliższym miejscem w którym był możliwy zakup biletu lotniczego, było oddalone o 100 km miasto wojewódzkie, Szczecin. To była dla nas cała wyprawa. Najpierw trzeba było przeprawić się promem, potem pojechać pociągiem, następnie dowiedzieć się który autobus na tą ulicę jedzie, znaleźć przystanek i dojechać. Dojechałyśmy podekscytowane, do dziś pamiętam jak mi serce biło, jak moja mama była przejęta… Wchodzimy do środka, na paluszkach, mama zapytała nieśmiało:
– My chciałyśmy kupić bilet do Aten…
– W jedną stronę, czy powrotny? – spytała bez ceregieli agentka.
– A to można w jedną stronę? – pyta zdziwiona mama?
– Oczywiście, że można! Czemu nie można?
– Bo wie pani, córka nie wie, kiedy będzie wracać…
– A to pewnie, niech sobie kupi w jedną stronę, a tam kupi sobie powrotny. Po co pieniądze marnować.
A że to były dla nas pieniądze niebagatelne, posłuchałyśmy rad mało sympatycznej, aczkolwiek doświadczonej kobiety. A przynajmniej tak nam się wtedy wydawało.
Gdy przyszedł dzień wyjazdu, mama pojechała ze mną do Warszawy, żeby odwieźć mnie na lotnisko. To było dla mnie duże zaskoczenie i ponowny dowód miłości matczynej, której tak byłam spragniona. Trzy razy jeździłam do Warszawy sama, żeby załatwić tą pierońską wizę, a teraz ona postanowiła pojechać ze mną. To było miłe.
Rozmowa na lotnisku nie bardzo się kleiła, mama niezręcznie próbowała ukryć zdenerwowanie. Pierwszy w życiu lot samolotem. Rany jak to brzmiało, lecę do Aten. Ja byłam przeszczęśliwa. W tej euforii, niewiele było miejsca na obawy, czy zdrowy rozsądek. Gdy nadszedł czas pożegnania, mama przytuliła mnie mocno, to miłe, ale ja nie byłam przyzwyczajona do tulenia i poczułam się nieswojo.
– Do zobaczenia – powiedziała łamanym głosem.
Wtedy spojrzałyśmy sobie w oczy i obie wiedziałyśmy, że szybko nie wrócę, o ile w ogóle. Byłam wdzięczna mojej mamie, za tą swobodę wyboru. Za to, że wspierała mnie w mojej chęci wyrwania się z Polski.
Dziś z perspektywy czasu, poważnie zastanawiam się, na ile była to szansa na lepsze życie, a na ile wyrok… Wtedy jednak byłam pełna nadziei i gotowa podbić świat.
Nie bałam się lecieć. Oczywiście był dreszczyk emocji, ale nie nazwałabym tego strachem. Lot zleciał szybko i byłam mile zaskoczona darmowym posiłkiem. Jako zupełny żółtodziób, nie miałam pojęcia jak to wszystko funkcjonuje. Nikt z mojej rodziny, ani znajomych, nigdy nie leciał samolotem. Nie było nawet kogo podpytać o szczegóły. Gdy wylądowaliśmy, po prostu obserwowałam innych ludzi i robiłam to co oni. Gdy zaczęli odpinać pasy i ja odpięłam, gdy zaczęli wstawać z foteli i wyciągać swoje walizki, robiłam to samo. Podążałam za nimi korytarzami bez końca, nie miałam pojęcia gdzie jest moja walizka, którą zabrali na początku. Na pewno gdzieś tam jest, bo przecież ci wszyscy ludzie, też byli bez walizek. Szłam za nimi, a w głowie kotłowały się pytania: Czy mój przyjaciel, aby na pewno przyjdzie odebrać mnie z lotniska? Umawialiśmy się listownie, a co jeśli list jeszcze nie doszedł? Czy on będzie fajny? Czy będzie mi się podobało? Czy to w ogóle była dobra decyzja?
Doszliśmy do hali i ludzie ustawili się w kolejkach do okienek. W rękach trzymali paszporty, domyśliłam się więc, że kontrola paszportowa.
A gdzie tą walizkę odebrać? Chyba nie przegapiłam?? Niektórzy ludzie mają walizki, no, ale nieee, takie małe tylko mają. Nikt nie ma takiej dużej Gdzieś dalej muszą być te walizki do odbioru – rozmyślałam.
Nareszcie przyszła moja kolej. Podeszłam do okienka, podałam paszport. Celnik poprosił o bilet. Pokazałam mu bilet. Zaczął mówić do mnie coś po grecku, był bardzo oficjalny. Odpowiedziałam po angielsku, że nic nie rozumiem. On dalej mówił po grecku. W końcu pokazał mi, żebym stanęła obok.
Ale o co chodzi? Serce zaczęło mi bić szybciej. Co jest nie tak? Wszystkie inne osoby, podchodziły do okienek, po chwili dostawali stempel i szli dalej. Mnie odstawili na bok. Nie miałam pojęcia dlaczego.
Stałam tak, aż odprawili wszystkich ludzi z samolotu i wtedy zauważyłam, że jest jeszcze jedna dziewczyna, której nie przepuścili. Już rozmawiała z jednym celnikiem. Nastawiłam uszu. Rozmawiała z nim po grecku. Mnie zawołali do innego okienka, gdzie celnik pytał coś po grecku, ja po angielsku próbowałam mu wytłumaczyć, że na wakacje przyjechałam, że chłopak na mnie czeka, żeby odebrać z lotniska… Celnik wyraźnie zdegustowany, coś tam burczał po grecku. Kurcze, trzeba było uczyć się tego greckiego – pomyślałam. – Rok czasu miałam, coś bym się nauczyła.
W hali zrobiło się pusto i cicho. Tylko tamta dziewczyna przy jej okienku i ja przy moim. Celnicy coś tam między sobą poszli gadać, patrzyli na mnie, wertowali świeżo odebrany paszport. Czas jakby stanął w miejscu.
Przyszedł jakiś gość w innym mundurze, coś tam z nimi pogadał. Potem podszedł do mnie i ku mojemu zaskoczeniu, zapytał po polsku – w czym problem? Powiedziałam, że nie mam pojęcia. A on na to, że tamta dziewczyna wraca do Polski, a nade mną się jeszcze zastanawiają.
– Do kogoś tu przyjechałaś? Ktoś cię odbierze z lotniska? – spytał.
– Tak chłopak. (a przynajmniej taką miałam nadzieję, bo przecież nie było wtedy telefonów komórkowych, to skąd mogłam wiedzieć na pewno.)
– Masz pieniądze na bilet?
– Jaki bilet? Powrotny?
– Powrotny! Powrotny bilet potrzebujesz dziecko, kto ci sprzedał bilet w jedną stronę!!!
Aaaaa, to o to chodzi. Mam wizę na 10 dni i bilet w jedną stronę… w czasach nielegalnej imigracji zarobkowej to, równie dobrze mogłam napisać sobie na czole, chcę tu zostać na stałe i być nielegalnym imigrantem. Poczułam się jak głupia gęś.
– Daj te pieniądze i paszport, kupię ci jakiś bilet.
I tak wręczyłam obcemu człowiekowi swój paszport i 300$, wszystkie pieniądze jakie miałam. Jak zniknął za bramkami, dotarło do mnie jak nierozsądnie postąpiłam.
No ale może to uczciwy człowiek i naprawdę chce mi pomóc… To moja jedyna nadzieja. A może weźmie kasę i tyle go zobaczę… i tak siedziałam i na zmianę pocieszałam się i oblewały mnie siódme poty. Czas dłużył się nieubłaganie.
Nie mam pojęcia, ile tam siedziałam, ale wydawało się wieczność. Nagle w bramce pojawiła się znajoma sylwetka. Nie podszedł do mnie, tylko prosto do celników. Ja wbita w krzesło, jakby mnie przykuli niewidzialnymi kajdankami. Serce waliło jak młot. Chyba się uda? Musi się udać. Skoro wrócił, chyba będzie dobrze prawda? Machnął do mnie ręką, żebym podeszła do okienka. Idę, nogi jak z kamienia. Sucho w gardle. Nadal rozmawiał z celnikiem. On nic do mnie nie mówił, a ja nie pytałam. Czekałam w napięciu.
Celnik otworzył mój paszport i przybił stempel.
Fju! Udało się??
Rany chyba się udało? 🙂
Oficer przeszedł ze mną przez bramki.
– Tu masz bilet powrotny – mówi. – Chodź odbierzesz swoją torbę. Twój chłopak na ciebie czeka.
To jeszcze do mnie nie dociera, jeszcze nie wierzę.
– A powiedz mi tak naprawdę – spytał znienacka oficer – ty tu na wakacje, czy na stałe?
Jeny, czy to aby nie podstęp, pomyślałam… Może zaraz mnie zawróci i wsadzą mnie do samolotu wraz z tą dziewczyną. Wzięłam głęboki oddech, spojrzałam mu prosto w oczy… – Na wakacje proszę pana, przecież ja teraz w klasie maturalnej, jak mogłabym nie wrócić – do tego przykleiłam niewinny uśmiech i zatrzepotałam rzęsami.

On popatrzył na mnie z góry, nie wiem, czy uwierzył czy nie? Powiem tylko tyle, że jak wracałam pierwszy raz z Grecji, po pół roku nielegalnego pobytu, to TEN SAM GOŚĆ obsługiwał odprawę i wypatrzył mnie na końcu kolejki i tak przez całą długaśną kolejkę torturował mnie swoim wzrokiem… Gdy doszliśmy do okienka. Nic nie pytał. Słowa były zbędne. Czułam się wtedy okropnie 🙁
Jeśli podoba Ci się to co piszę, wrzuć coś do mojej skarbonki. Miło też będzie, jeśli zostawisz komentarz i polecisz tę stronę znajomym. Możesz subskrybować ten blog, aby nie przegapić kolejnych wpisów. Nie martw się, nie piszę zbyt często ;p
I gdzie dalsza część?! 😉
Będę pisać, proszę o cierpliwość 🙂
O kurde to czyta się jak kryminał. Super.